3 grudnia 2016

W jaki sposób nauczyłam Wojtusia znajomości liter?


 Moje dziecko właśnie skończyło 17 miesięcy. Od kilku zna wszystkie litery, a większość z nich potrafi nazwać (nie jest jeszcze w stanie wymówić C, G, L, S, R, Z). Jak my to zrobiliśmy?
Mimo mojego pedagogicznego wykształcenia nie mam zapędów by sadzać dziecko przed tablicą i wykładać mu lekcji ;) Wszystko przyszło zupełnie naturalnie a Wojtuś po prostu sam okazał zainteresowanie literkami, więc ja starałam się podsuwać mu coraz to nowsze i atrakcyjniejsze ich formy. Teraz potrafi rozróżnić już prawie bezbłędnie różne czcionki liter a także nazwać te, które sama rysuję przy nim w zeszycie. Uwielbia taką zabawę. Bo właśnie o to w tym wszystkim chodzi- to ma być ZABAWA!
Zaczęliśmy od tego, że Wojtuś siedząc na nocniku trochę się nudził i niecierpliwił. Z pomocą przyszły nam wtedy "Moje pierwsze słowa" (WiR). Początkowo pokazywałam mu tylko zwierzątka, bawiłam się nimi przed jego oczami, wydawałam dźwięki jakimi się posługują oraz mówiłam wierszyki. W zestawie znajdują się jednak również samogłoski, i to od nich się zaczęło. Wojtuś sam się nimi zainteresował i bawił, a ja mu je nazywałam (do kompletu dołączona jest także książka zawierająca propozycje zabaw nawet z takimi maluszkami jak Wojtuś wtedy- ok. 7 miesięcy). 
Po niedługim czasie nauczył się wszystkich samogłosek- kupiłam więc literki piankowe do kąpieli. Cały myk polega na tym, że pod wpływem wody przyklejają się one do powierzchni wanny i dziecko ma niesamowitą frajdę. Nasze literki są mega kolorowe i martwiłam się trochę, czy to nie przeszkodzi mojemu synkowi w skupieniu się na ich właściwym kształcie a nie wzorkach. Początkowo trochę tak było- odróżniał je od siebie przede wszystkim po kolorach, jednak szybko przestał to być dla niego problem, bo równolegle z tymi literkami miał na ścianie i lodówce zupełnie zwyczajne literki- magnesy, które również mu nazywałam, gdy się nimi bawił- szybko sam zrozumiał, że to ta sama literka, niezależnie od tego, jaki ma kolor. 
Na samym końcu zaczęła się fascynacja książkami z alfabetem- mamy takie dwie. Dosłownie przyszedł dzień i Wojtuś oszalał na ich punkcie. Przeglądał je samodzielnie dziesiątki razy w ciągu dnia a mnie przynosił setki razy do czytania. Nasze czytanie polega na tym, że pokazuję literę, nazywam ją i nazywam wszystkie przedmioty, również pokazując każdy palcem. I tyle wystarcza mojemu dziecku do szczęścia. Czasem podpytywałam Wojtusia o niektóre literki, aż wreszcie sam przeglądając "czyta na głos"- pokazuje paluszkiem i nazywa to, co widzi i oczywiście potrafi nazwać, nawet gdy ja siedzę gdzieś obok. Coś wspaniałego.
Posiadamy również karty z "Kapitana Nauki" do czytania globalnego- również je polecam. Na razie czytanie globalne u nas raczej nie jest praktykowane, jednak karty są w ciągłym użyciu- Wojtuś przegląda je i nazywa to, co widzi na obrazku. Czasem mu je odwracam i pokazuję napis- na szczęście jest on również na stronie z obrazkiem, więc mam nadzieję, że dzięki temu również w jakiś sposób się opatrzy i będzie mu później łatwiej przyswoić całą tę magię związaną z czytaniem.
Poniżej prezentuję zdjęcia z krótkimi opisami naszych pomocy dydaktycznych ;)

"Mój pierwszy alfabet" Wyd. Klett- od dawna jest już wyprzedany, jednak ja tak długo polowałam na niego na Allegro i OLX, że wreszcie udało mi się go kupić. Książka ma kartonowe strony i cudowne, wyszywane ilustracje- ja zakochałam się w niej od pierwszego wejrzenia, Wojtuś od drugiego- ale za to na zabój. Warto poświęcić trochę czasu i postarać się ją wyszperać- mnie udało się kupić ją w stanie idealnym za dosłownie kilkanaście złotych. Polecam całym sercem.





























"My first Alphabet" wyd. Really Decent Books- książkę kupiłam w TK Maxxie jeszcze przed urodzeniem Wojtusia. Chyba za 20 zł. Również ma kartonowe strony i proste, bajecznie kolorowe ilustracje. Jest mniejszego formatu od poprzedniej i do każdej literki przypasowany jest jeden obrazek, ale Wojtuś ją uwielbia. Literki czytam mu po polsku, po polsku nazywam także przedmioty- nie zamierzam mu na razie mieszać w główce angielskim słownictwem. Wszystko przed nami ;)
Polecam!







Karty obrazkowe od Kapitana Nauki: Jak widzicie, nasze są w ciągłym użyciu- pogryzione, uślinione ale kochane przez mojego Wojtusia całym sercem. Zwierzęta wiejskie zakupiłam jeszcze przed jego urodzeniem i mają one inną szatę graficzną oraz są wykonane z innego papieru niż te wprowadzone na rynek później- jak np. nasze Pierwsze słowa- i bardziej mi one pasują. Nie są już jednak raczej nigdzie dostępne. Tak czy inaczej jedne i drugie są trwałe i spełniają swoją rolę- polecam z czystym sumieniem. W każdym z pudełek znajduje się książka z zabawami i jest ona bardzo pomocna. Tak jak pisałam wcześniej, każda karta jest dwustronna- z jednej strony znajduje się obrazek z podpisem, a na drugiej sam napis. Doskonałe wprowadzenie do zabaw w czytanie globalne.






"Moje pierwsze słowa" Wyd. WiR: Zestaw ten podpatrzyłam w przedszkolu specjalnym w którym byłam nauczycielką. Jest świetny. Trzeba sobie najpierw samemu przygotować pomoce- wypchnąć wszystkie obrazki i litery (co czasem niestety nie jest proste) i pociąć wyrażenia dźwiękonaśladowcze- ale to wszystko warte jest zachodu. My nie korzystamy jeszcze z wyrażeń dźwiękonaśladowczych (są malutkie i z miękkiego papieru), jednak obrazki i literki są w ciągłym użyciu. Wykonane są bardzo porządnie z grubej, lakierowanej tektury i w naszym przypadku przetrwały już niejedną kąpiel w wannie czy w... ehh, toalecie. Myłam je i suszyłam a one nadal jakoś żyją. Z tyłu każdego obrazka jest wyrażenie dźwiękonaśladowcze które można później przypasowywać do tych napisanych na miękkich karteczkach.
Polecam, od tego się u nas wszystko zaczęło! I z dumą muszę powiedzieć, że moje 15- miesięczne dziecko potrafiło już określić każdy obrazek odpowiednim dźwiękiem. A zaczynaliśmy od zera. Naprawdę warto bawić się z maluchami w ten sposób!!!





To są nasze literki piankowe do kąpieli- wspaniała zabawka która przy okazji wpaja maluchom do głowy kształt literek. Są pstrokate, przyciągają uwagę i są porządnie wykonane- a do zestawu dołączony jest worek, który wisi sobie zawsze nad wanną, nikomu nie przeszkadza, a po skończonej zabawie pozwala utrzymać literki w jednym miejscu a one sobie powoli obciekają z wody.
Jak tu nie kochać?


























A to nasze magnesy- na obu zdjęciach Wojtuś miał 12 miesięcy. Te na lodówce to prostokąty na białym tle- jednokolorowe, proste literki których w zestawie było po kilka sztuk, dzięki czemu można tworzyć napisy. Te na ścianie (mamy pomalowaną farbą magnetyczną) są jednokolorowe i "wycięte"- w zestawie były małe i wielkie litery, ale za to są podwójne- trochę mało do tworzenia słów. Ale na razie nam to wystarcza.



A Wy jakie macie doświadczenia w tym zakresie? Wasze dzieci też kochają literki tak jak Wojtuś? =)
Dajcie znać czy ten wpis Wam się przydał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz